Na dźwięk dzwonka wszyscy wstali ze swoich miejsc i zabrali ze sobą książki, by schować je do swoich szafek, które znajdowały się na szkolnych korytarzach. Również zamierzałem wyjść z klasy, ale usłyszałem za sobą wołanie nauczyciela. Przekląłem bezgłośnie pod nosem i z wymuszonym uśmiechem obróciłem się do mężczyzny.
- Tak?
- Michael, musisz się poprawić w nauce, bo inaczej nie zdasz.
- Dam radę.
Oczywiście, że dam radę. W razie zagrożenia w każdej chwili mogę się wziąć za naukę. Nie przychodzi mi ona z trudnością. Niestety muszę się przyznać, że jestem pieprzonym leniem. To jedna z moich wad.
- Naprawdę, musisz się wziąć za siebie.
- No dobra, nie ma problemu - wzruszyłem ramionami - Muszę już iść - powiedziałem i oddaliłem się od nauczyciela. Było to trochę niegrzeczne, ale nie miałem na celu by go urazić bo lubiłem go. Mimo to nie chciałem z nim teraz rozmawiać.
- Dobrze, ale prosto do klasy! - krzyknął za mną, a ja rzuciłem krótkie "Jasne" i pobiegłem do mojej szafki by wziąć z niej książki, które są potrzebne na kolejną lekcję.
- Gdzie byłeś? - zapytał mnie Mark, gdy podszedłem pod klasę.
- Clark mnie zatrzymał.
- Co chciał?
- Umiecie na test z algebry? - usłyszałem Jeremiego, który tym samym nam przerwał. Podszedł do nas trzymając książkę w dłoni. Czy naprawdę matma jest dla nich tak ważna? Możliwe, że chodzi o to, że to nasz ostatni rok w tej szkole i dlatego chcą mieć dobre wyniki na koniec klasy.
- Otóż to - westchnąłem - Nie umiem.
- Nie? - Mark spytał zdziwiony.
- Zachowujesz się tak jakby to była jakąś nowość - przewróciłem oczami i wyciągnąłem telefon ze swojej kieszeni by go odblokować.
- Będziesz musiał to poprawić...
- Wiem to! - uniosłem swój głos i machnąłem ręka, w której trzymałem urządzenie - Nie musicie tyle razy wspominać o mojej nauce. Umiem myśleć samodzielnie, nie zrobię czegoś przeciwko sobie - powiedziałem i odpisałem znajomemu na sms. Miałem z nim pewną sprawę do załatwienia.
- Stary, spokojnie - powiedział Mark i wtedy nauczyciel otworzył nam klasę. Wszedłem do niej mając świadomość, że prawdopodobnie nie zdam dzisiejszego testu. Jak na razie, ten dzień nie zapowiada się ciekawie.
~
Lekcja skończyła się więc wyszliśmy na długą przerwę. Przy wyjściu z budynku minęliśmy się z grupką dziewczyn, która była dosyć znana w tej szkole.
Patrzyłem się na nią i wtedy ktoś mnie szturchnął łokciem.
- No, no! - usłyszałem Marka obok swojego ucha.
- Co?
- Ty już wiesz co - Jeremy zaśmiał się, a ja przewróciłem oczami. Ignorowałem to co do mnie mówili i śledziłem wzrokiem grupkę dziewczyn, a w szczególności pewną szatynkę, która była pośród nich. Miała na sobie czarnego snapback'a, którego daszek był zwrócony do tyłu, białe converse sięgające do kostek, czarne legginsy i luźną, niebieską bluzkę, która lekko odkrywała jej brzuch. Gdy po chwili zniknęła z moich oczu, odwróciłem się do stojących za mną chłopaków.
- Już możemy iść? - spytał Jeremy krzyżując ramiona na swojej klatce piersiowej - Napatrzyłeś się już?
- Uhm tak, idźmy.
Gdy usiedliśmy na trybunach boiska, Mark wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i paczkę papierosów, z której wyciągnął jednego i po chwili zapalił. Odwróciłem głowę, gdy dym uderzył w moją twarz. Nie lubiłem smaku, ani zapachu fajek. Uważałem też, że nie są w moim życiu potrzebne. Było mi szkoda wydawać na nie pieniądze, szczególnie, jeżeli z tego powodu traciłbym również na zdrowiu. Wolę zakupić sobie coś lepszego, ale rzadziej...
- Stary - westchnąłem i uderzyłem przyjaciela w ramię, gdy ten specjalnie wypuścił dym ze swoich ust by skierować go na moją twarz. Wiedział, że to co robi mnie denerwuje - Śmieszy cię to?
- Może troszeczkę.
Przewróciłem oczami widząc jego szeroki uśmiech. Spojrzałem na boisko, na którym rozgrywano mecz piłki nożnej. Jakoś specjalnie nie interesowałem się tym sportem i nie lubiłem go uprawiać, ale lubiłem czasami obserwować czyjąś grę. Jedynym sportem, który mnie interesował od kiedy pamiętam, jest koszykówka i wątpię, że kiedykolwiek to się zmieni.
- Przypomniało mi się, że jutro jest mecz, na który mieliśmy iść - powiedziałem po chwili.
- I pójdziemy - Jeremy powiedział wstając. Usłyszeliśmy wtedy dźwięk dzwonka. Po chwili, niechętnie postanowiliśmy udać się do szkoły. Gdy do niej weszliśmy, usłyszałem różne okrzyki i coś co brzmiało jak doping. Zaciekawiony poszedłem w kierunku źródła hałasu. Razem z chłopakami przeszedłem przez stojący przed nami tłum i zobaczyliśmy dwóch chłopaków, którzy bili się, leżąc na podłodze.
- Hej, zasłaniasz mi! - usłyszałem za sobą, więc obróciłem się do osoby, która to powiedziała.
- No i? - powiedziałem do chłopaka, który na moje oko miał 15 lat. Był ode mnie znacznie niższy i chudszy. Prychnąłem pod nosem gdy zobaczyłem jego przestraszony wyraz twarzy i wróciłem do oglądania bijatyki. Uznałem, że nie poszło o coś ważnego, a na takie coś nie chciałem tracić swojego czasu. Zdarzało mi się uczestniczyć w poważniejszych bójkach. Kiwnąłem głową do chłopaków i razem z nimi udałem się pod klasę, w której już odbywała się lekcja.
Kolejne spóźnienie? Nic nowego. To nie jest istotne, bo po tej lekcji rozpoczynam weekend.
poniedziałek, 16 marca 2015
czwartek, 12 marca 2015
#1 "Muszę spotkać się z Ethanem..."
W końcu skończyłem tych osiem, strasznie dłużących mi się lekcji. Chodzenie do szkoły średniej, nie jest niczym przyjemnym. Ma się coraz więcej obowiązków i innych tego typu rzeczy. Jedynym pozytywem tej szkoły są uczęszczający do niej ludzie, a niektórych z nich miałem okazję poznać bliżej. Głównie chodzi tutaj o zaufanego mi czarnoskórego przyjaciela, jakim jest Mark. Znamy się już parę dobrych lat. Zawsze był przy mnie jak go potrzebowałem i to też działało w drugą stronę.
O wilku mowa. Właśnie szedłem do domu, słuchając na słuchawkach mojej ulubionej muzyki, gdy dostrzegłem jego rzucający się z daleka śnieżnobiały uśmiech.
- Siema - krzyknąłem i gdy doszliśmy do siebie, przywitaliśmy się naszym, wymyślonym niedawno powitaniem.
- Gdzie byłeś? Ja umierałem z nudów w tej szkole podczas gdy ty szlajałeś się po mieście? Mogłeś mówić to bym poszedł z tobą - westchnąłem chowając słuchawki do kieszeni i ruszyliśmy razem przed siebie.
- Po prostu nie chciało mi się do niej iść. A po za tym, masz jakieś plany na dziś?
-Nie, a co? Ale marzy mi się teraz łóżko, jestem wykończony...
- Bo wpadłem na pomysł, żeby wypaść na kosza, ale jeżeli nie...
- Stary, to zmienia postać rzeczy! - powiedziałem żywiej, uśmiechając się szeroko. Mark zaśmiał się widząc moją reakcję - Ale tak od razu?
-Może najpierw coś zjesz, hm?
- A co, boisz się, że padnę ci po drodze?
- Bardziej boję się tego, że nie dałbym rady ciebie podnieść.
- Dzięki - powiedziałem z ironią i poklepałem go po plecach - Jak ty się o mnie troszczysz...
- Się wie - zaśmiał się, a ja pokręciłem głową. Z nim chyba nigdy nie jest nudno.
~~~~~~~~~~
- Nie, mamo - zaprzeczyłem, gdy ta kazała mi zjeść coś więcej. Obiad mi zdecydowanie wystarczył, a na deser wyjątkowo nie miałem ochoty. Chwyciłem za uszykowaną już torbę ze strojem na kosza i wyszedłem z domu bez słowa. Z ojcem mam lepsze kontakty, ale niestety, ze względu na pracę, rzadko go widuję. Matka zaś często nie zwraca na mnie uwagi, tylko nieraz sobie o mnie przypomni i zainteresuje się tym co robię na co dzień. Nasze tematy rozmów dotyczą głównie szkoły. Na pytanie "Jak było w szkole?" odpowiadam "Dobrze" i to zwykle kończy rozmowę. Pomijając sytuacje, gdy nauczyciele dzwonią do niej z informacją, że jej syn zachowuje się niestosownie i powinien za to zostać ukarany. Wtedy robi mi awantury, ale szczerze mówiąc, nie zawsze mnie to obchodzi.
Życie nauczyło mnie samodzielności, a to jest przydatne, gdy się żyje w tak niebezpiecznym mieście, jakim jest Chicago.
Do boiska nie mam daleko. Około dziesięć minut drogi na pieszo i już jestem u celu.
Gdy dochodziłem na miejsce, zobaczyłem Marka, który był oparty o zielony płot, otaczający całe boisko. Stał obok niego Jeremy, nasz kumpel z klasy, którego nie spodziewałem się tutaj.
Podszedłem do nich zdziwiony.
- Postanowiłem zabrać kogoś ze sobą - Mark uśmiechnął się wskazując na chłopaka znajdującego się obok.
- Nie ma problemu. Im nas więcej tym lepiej, prawda?
~~~
- Podaj! - krzyknąłem do Jeremiego, z którym grałem przeciwko Markowi. Po chwili dostałem piłkę i bez problemu zrobiłem wsad do kosza.
- Niesprawiedliwie - Mark wymruczał pod nosem.
- Niesprawiedliwie? A ostatnio to mogłem sam grać? - powiedziałem łapiąc piłkę w ręce.
- No bo...
- Cóż, sam czy też i nie, i tak wygrywam.
- Tak, oczywiście - pokiwał głową mówiąc z widocznym sarkazmem.
- Panowie - westchnął Jeremy - Przestańcie się kłócić. Coś mi się przypomniało i chciałem wam...
- Nie kłócimy się - przerwałem jego wypowiedź.
- Michael...
- Dobra, mów - westchnąłem i przewróciłem oczami.
- Nie wiem czy wiecie, ale... Słyszeliście co wydarzyło się wczoraj na State Street?
- Nie... - zmarszczyłem czoło i spojrzałem się na Marka - Co się stało? - spytałem i znów zwróciłem swój wzrok na rozmówcę.
- Znów doszło do zamieszek, prawdopodobnie kuzyn Ryan'a został postrzelony i teraz leży w szpitalu...
- Trochę dziwię się, że go nie zabili - Mark powiedział ze spokojem, tak jakby zabójstwa były czymś normalnym. Racja, w tym mieście często dochodzi do takich zdarzeń, ale to w dalszym ciągu jest niepokojące.
- Chłopak jest w ciężkim stanie. Miejmy nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Zmrużyłem oczy i opuściłem głowę by spojrzeć na swoje buty.
"Przecież to jest tak blisko nas. Często tamtędy przechodzę więc to mogło spotkać i mnie..."
- Wiesz kiedy to się dokładniej stało? - spytałem znów patrząc na moje towarzystwo.
- Tak jakoś pod wieczór. A co?
- Nic, pytam tylko z ciekawości - pokręciłem głową.
Mój starszy brat, Ethan, opowiadał mi kiedyś o miejscowych gangach. Znał się na takich sprawach dosyć dobrze. Przyznaję się, nie przysłuchiwałem się mu uważnie, czego teraz żałuję. Wyjechał z tego miasta niespełna dwa lata temu. Widzimy się ze sobą tylko w ważniejsze święta, a najchętniej teraz chciałbym się z nim spotkać by porozmawiać z nim o tym incydencie. Możliwe, że dowiedziałbym się czegoś więcej na ten temat.
~~~
Zmęczeni po grze w koszykówkę, w końcu dotarliśmy do sklepu.
- Nie mam pojęcia - powiedziałem, gdy rozmyślaliśmy nad tym jaki napój wybrać. Zazwyczaj nie narzekam na duży asortyment, ale wtedy trudno podjąć jakąkolwiek decyzję w sprawie zakupu.
- A może weźmiemy... - rozpoczął Mark, ale przerwał gdy usłyszał damski krzyk dobiegający z ulicy - Co jest? - zaciekawiony podszedł do wielkiego, wystawowego okna, patrząc przez nie. Spojrzałem w jego stronę i w tym czasie usłyszałem strzał, który rozbił szybę. Podbiegłem do przyjaciela i pociągnąłem go w dół by upadł ze mną na ziemię. Pocisk także trafił w szklane butelki, które się zbiły. Wokół nas leżało dużo kawałków szkła. Przestraszony nie wiedziałem co się dzieje, słyszałem tylko przekleństwa wydobywające się z ust sprzedawcy.
- Chłopaki, oni tu idą... - usłyszałem głos Jeremiego, który schował się za półkami sklepowymi. Popchnąłem Marka, żeby wstał i w końcu dołączył do chowającego się kumpla.
- Michael, chodź!
- Spokojnie, ja się nimi zajmę - odezwał się starszy mężczyzna - Wyjdźcie tyłem.
- A pan?!
Ogarnąłem wzrokiem wszystkich i zobaczyłem ich przestraszone wyrazy twarzy. Gdy wstałem i obróciłem się, poczułem czyjąś dłoń na moim ramieniu. Machnąłem szybko ręką w kierunku tylnego wyjścia by tamtędy się wymknęli i pod wpływem emocji zrobili to. Wtedy usłyszałem śmiech przy swoim uchu. Zdałem sobie sprawę, co może mi się zaraz stać. Zakończenie tej sytuacji raczej nie należałoby do tych szczęśliwych. Nagle sobie przypomniałem o scyzoryku, którego zawsze noszę w kieszeni na wszelki wypadek. To wszystko działo się tak szybko, że sam nie wiem w jakim celu miałbym go teraz użyć, ale zdecydowałem się po niego sięgnąć. Zupełnie nie przemyślanie. Pech tak chciał, że jeden z członków miejscowego gangu stanął przede mną i wyrwał mi narzędzie z rąk.
- Myślałeś, że takim czymś sobie pomożesz? - prychnął śmiechem, a ten co stał za mną chwycił mnie za nadgarstki i przytrzymał je za moimi plecami. Moje serce zaczęło bić szybciej. Towarzyszył temu nierówny oddech.
- Młody, ją skądś ciebie kojarzę - koleś przede mną zlustrował mnie z góry do dołu. Bałem się na cokolwiek odpowiedzieć, wszystko mogłoby być wykorzystane przeciwko mnie.
- Wiecie co? Mamy chyba do czynienia z bratem Ethana - powiedział i wtedy usłyszałem wokół mnie drwiące śmiechy. Na jego imię coś mnie ścisnęło w gardle. Czy to możliwe, że mój brat miał z nimi jakąś styczność?
Starałem się wyrwać z uścisku, ale nic z tego.
- Dobra, puśćcie go.
Zdziwiłem się słysząc te słowa. Automatycznie chwyciłem się za nadgarstki, które były dosyć mocno trzymane przez gangstera. Odsunąłem się od nich powoli i zobaczyłem, że cały czas byłem otoczony przez pięciu chłopaków wyglądających na kilka lat starszych ode mnie.
- Z tobą może być jeszcze zabawa, więc ciebie oszczędzimy. Masz szczęście kolego.
- Że co proszę? - spytałem oburzony zaistniałą sytuacją.
- Uciekaj mi z oczu, ciesz się, że żyjesz - uśmiechnął się.
Chciałem coś powiedzieć, ale ten ponaglił mnie do wyjścia machając ręką. Bez zastanowienia wybiegłem ze sklepu i złapałem za telefon, by zadzwonić do Marka.
- Stary, wszystko dobrze? - usłyszałem jego przejęty głos - Przepraszam, że my...
- Powiedzmy, że nie było sprawy. Sam jestem zdziwiony, ale...
- Ale?
- Muszę spotkać się z Ethanem...
~~
Leżałem na łóżku i przeglądałem strony internetowe na moim telefonie. Pisałem także na chacie z Markiem i Jeremym o sytuacji, która dziś miała miejsce w sklepie. W dalszym ciągu nie zadzwoniłem do Ethana i zastanawiałem się, czy w końcu to zrobić. Gdyby miał do czynienia z tamtym gangiem, myślę, że nie powiedziałby mi o tym. Postanowiłem to wszystko puścić w niepamięć, przynajmniej na pewien czas. Ale gdybyśmy jeszcze raz spotkali na swojej drodze tamtą grupkę chłopaków, nie byłoby ciekawie. A jeżeli nic by nam nie zrobili z tego powodu, że jestem bratem Ethana? Mogą być nieobliczalni więc, musimy zachować czujność. Wszystko może się wydarzyć.
O wilku mowa. Właśnie szedłem do domu, słuchając na słuchawkach mojej ulubionej muzyki, gdy dostrzegłem jego rzucający się z daleka śnieżnobiały uśmiech.
- Siema - krzyknąłem i gdy doszliśmy do siebie, przywitaliśmy się naszym, wymyślonym niedawno powitaniem.
- Gdzie byłeś? Ja umierałem z nudów w tej szkole podczas gdy ty szlajałeś się po mieście? Mogłeś mówić to bym poszedł z tobą - westchnąłem chowając słuchawki do kieszeni i ruszyliśmy razem przed siebie.
- Po prostu nie chciało mi się do niej iść. A po za tym, masz jakieś plany na dziś?
-Nie, a co? Ale marzy mi się teraz łóżko, jestem wykończony...
- Bo wpadłem na pomysł, żeby wypaść na kosza, ale jeżeli nie...
- Stary, to zmienia postać rzeczy! - powiedziałem żywiej, uśmiechając się szeroko. Mark zaśmiał się widząc moją reakcję - Ale tak od razu?
-Może najpierw coś zjesz, hm?
- A co, boisz się, że padnę ci po drodze?
- Bardziej boję się tego, że nie dałbym rady ciebie podnieść.
- Dzięki - powiedziałem z ironią i poklepałem go po plecach - Jak ty się o mnie troszczysz...
- Się wie - zaśmiał się, a ja pokręciłem głową. Z nim chyba nigdy nie jest nudno.
~~~~~~~~~~
- Nie, mamo - zaprzeczyłem, gdy ta kazała mi zjeść coś więcej. Obiad mi zdecydowanie wystarczył, a na deser wyjątkowo nie miałem ochoty. Chwyciłem za uszykowaną już torbę ze strojem na kosza i wyszedłem z domu bez słowa. Z ojcem mam lepsze kontakty, ale niestety, ze względu na pracę, rzadko go widuję. Matka zaś często nie zwraca na mnie uwagi, tylko nieraz sobie o mnie przypomni i zainteresuje się tym co robię na co dzień. Nasze tematy rozmów dotyczą głównie szkoły. Na pytanie "Jak było w szkole?" odpowiadam "Dobrze" i to zwykle kończy rozmowę. Pomijając sytuacje, gdy nauczyciele dzwonią do niej z informacją, że jej syn zachowuje się niestosownie i powinien za to zostać ukarany. Wtedy robi mi awantury, ale szczerze mówiąc, nie zawsze mnie to obchodzi.
Życie nauczyło mnie samodzielności, a to jest przydatne, gdy się żyje w tak niebezpiecznym mieście, jakim jest Chicago.
Do boiska nie mam daleko. Około dziesięć minut drogi na pieszo i już jestem u celu.
Gdy dochodziłem na miejsce, zobaczyłem Marka, który był oparty o zielony płot, otaczający całe boisko. Stał obok niego Jeremy, nasz kumpel z klasy, którego nie spodziewałem się tutaj.
Podszedłem do nich zdziwiony.
- Postanowiłem zabrać kogoś ze sobą - Mark uśmiechnął się wskazując na chłopaka znajdującego się obok.
- Nie ma problemu. Im nas więcej tym lepiej, prawda?
~~~
- Podaj! - krzyknąłem do Jeremiego, z którym grałem przeciwko Markowi. Po chwili dostałem piłkę i bez problemu zrobiłem wsad do kosza.
- Niesprawiedliwie - Mark wymruczał pod nosem.
- Niesprawiedliwie? A ostatnio to mogłem sam grać? - powiedziałem łapiąc piłkę w ręce.
- No bo...
- Cóż, sam czy też i nie, i tak wygrywam.
- Tak, oczywiście - pokiwał głową mówiąc z widocznym sarkazmem.
- Panowie - westchnął Jeremy - Przestańcie się kłócić. Coś mi się przypomniało i chciałem wam...
- Nie kłócimy się - przerwałem jego wypowiedź.
- Michael...
- Dobra, mów - westchnąłem i przewróciłem oczami.
- Nie wiem czy wiecie, ale... Słyszeliście co wydarzyło się wczoraj na State Street?
- Nie... - zmarszczyłem czoło i spojrzałem się na Marka - Co się stało? - spytałem i znów zwróciłem swój wzrok na rozmówcę.
- Znów doszło do zamieszek, prawdopodobnie kuzyn Ryan'a został postrzelony i teraz leży w szpitalu...
- Trochę dziwię się, że go nie zabili - Mark powiedział ze spokojem, tak jakby zabójstwa były czymś normalnym. Racja, w tym mieście często dochodzi do takich zdarzeń, ale to w dalszym ciągu jest niepokojące.
- Chłopak jest w ciężkim stanie. Miejmy nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Zmrużyłem oczy i opuściłem głowę by spojrzeć na swoje buty.
"Przecież to jest tak blisko nas. Często tamtędy przechodzę więc to mogło spotkać i mnie..."
- Wiesz kiedy to się dokładniej stało? - spytałem znów patrząc na moje towarzystwo.
- Tak jakoś pod wieczór. A co?
- Nic, pytam tylko z ciekawości - pokręciłem głową.
Mój starszy brat, Ethan, opowiadał mi kiedyś o miejscowych gangach. Znał się na takich sprawach dosyć dobrze. Przyznaję się, nie przysłuchiwałem się mu uważnie, czego teraz żałuję. Wyjechał z tego miasta niespełna dwa lata temu. Widzimy się ze sobą tylko w ważniejsze święta, a najchętniej teraz chciałbym się z nim spotkać by porozmawiać z nim o tym incydencie. Możliwe, że dowiedziałbym się czegoś więcej na ten temat.
~~~
Zmęczeni po grze w koszykówkę, w końcu dotarliśmy do sklepu.
- Nie mam pojęcia - powiedziałem, gdy rozmyślaliśmy nad tym jaki napój wybrać. Zazwyczaj nie narzekam na duży asortyment, ale wtedy trudno podjąć jakąkolwiek decyzję w sprawie zakupu.
- A może weźmiemy... - rozpoczął Mark, ale przerwał gdy usłyszał damski krzyk dobiegający z ulicy - Co jest? - zaciekawiony podszedł do wielkiego, wystawowego okna, patrząc przez nie. Spojrzałem w jego stronę i w tym czasie usłyszałem strzał, który rozbił szybę. Podbiegłem do przyjaciela i pociągnąłem go w dół by upadł ze mną na ziemię. Pocisk także trafił w szklane butelki, które się zbiły. Wokół nas leżało dużo kawałków szkła. Przestraszony nie wiedziałem co się dzieje, słyszałem tylko przekleństwa wydobywające się z ust sprzedawcy.
- Chłopaki, oni tu idą... - usłyszałem głos Jeremiego, który schował się za półkami sklepowymi. Popchnąłem Marka, żeby wstał i w końcu dołączył do chowającego się kumpla.
- Michael, chodź!
- Spokojnie, ja się nimi zajmę - odezwał się starszy mężczyzna - Wyjdźcie tyłem.
- A pan?!
Ogarnąłem wzrokiem wszystkich i zobaczyłem ich przestraszone wyrazy twarzy. Gdy wstałem i obróciłem się, poczułem czyjąś dłoń na moim ramieniu. Machnąłem szybko ręką w kierunku tylnego wyjścia by tamtędy się wymknęli i pod wpływem emocji zrobili to. Wtedy usłyszałem śmiech przy swoim uchu. Zdałem sobie sprawę, co może mi się zaraz stać. Zakończenie tej sytuacji raczej nie należałoby do tych szczęśliwych. Nagle sobie przypomniałem o scyzoryku, którego zawsze noszę w kieszeni na wszelki wypadek. To wszystko działo się tak szybko, że sam nie wiem w jakim celu miałbym go teraz użyć, ale zdecydowałem się po niego sięgnąć. Zupełnie nie przemyślanie. Pech tak chciał, że jeden z członków miejscowego gangu stanął przede mną i wyrwał mi narzędzie z rąk.
- Myślałeś, że takim czymś sobie pomożesz? - prychnął śmiechem, a ten co stał za mną chwycił mnie za nadgarstki i przytrzymał je za moimi plecami. Moje serce zaczęło bić szybciej. Towarzyszył temu nierówny oddech.
- Młody, ją skądś ciebie kojarzę - koleś przede mną zlustrował mnie z góry do dołu. Bałem się na cokolwiek odpowiedzieć, wszystko mogłoby być wykorzystane przeciwko mnie.
- Wiecie co? Mamy chyba do czynienia z bratem Ethana - powiedział i wtedy usłyszałem wokół mnie drwiące śmiechy. Na jego imię coś mnie ścisnęło w gardle. Czy to możliwe, że mój brat miał z nimi jakąś styczność?
Starałem się wyrwać z uścisku, ale nic z tego.
- Dobra, puśćcie go.
Zdziwiłem się słysząc te słowa. Automatycznie chwyciłem się za nadgarstki, które były dosyć mocno trzymane przez gangstera. Odsunąłem się od nich powoli i zobaczyłem, że cały czas byłem otoczony przez pięciu chłopaków wyglądających na kilka lat starszych ode mnie.
- Z tobą może być jeszcze zabawa, więc ciebie oszczędzimy. Masz szczęście kolego.
- Że co proszę? - spytałem oburzony zaistniałą sytuacją.
- Uciekaj mi z oczu, ciesz się, że żyjesz - uśmiechnął się.
Chciałem coś powiedzieć, ale ten ponaglił mnie do wyjścia machając ręką. Bez zastanowienia wybiegłem ze sklepu i złapałem za telefon, by zadzwonić do Marka.
- Stary, wszystko dobrze? - usłyszałem jego przejęty głos - Przepraszam, że my...
- Powiedzmy, że nie było sprawy. Sam jestem zdziwiony, ale...
- Ale?
- Muszę spotkać się z Ethanem...
~~
Leżałem na łóżku i przeglądałem strony internetowe na moim telefonie. Pisałem także na chacie z Markiem i Jeremym o sytuacji, która dziś miała miejsce w sklepie. W dalszym ciągu nie zadzwoniłem do Ethana i zastanawiałem się, czy w końcu to zrobić. Gdyby miał do czynienia z tamtym gangiem, myślę, że nie powiedziałby mi o tym. Postanowiłem to wszystko puścić w niepamięć, przynajmniej na pewien czas. Ale gdybyśmy jeszcze raz spotkali na swojej drodze tamtą grupkę chłopaków, nie byłoby ciekawie. A jeżeli nic by nam nie zrobili z tego powodu, że jestem bratem Ethana? Mogą być nieobliczalni więc, musimy zachować czujność. Wszystko może się wydarzyć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)